W tym całym bałaganie w jakim się znaleźliśmy, m. na sam koniec zachował się dość elegancko i nawet jak dżentelmen, choć to na brzmi raczej zabawnie na tle całokształtu. Spokojnie ustaliliśmy szczegóły i podział "dobytku" (...i kredytku aż by się chciało dodać). Mi kapały łzy, jemu drżały ręce.
Ustaliliśmy i pojechał...
Otrząsnęłam się po spotkaniu na drugi dzień.
Postanowiłam, że postaram się jak najmniej energii pożytkować na dalsze analizy sytuacji. Ostatnie 6 miesięcy myślenia to juz wystarczająco dużo. To i tak już niczego nie zmieni, ja i tak nie zrozumiem pewnych rzeczy i nie znajdę odpowiedzi na pytanie "dlaczego..?" Odpowiadam więc sobie "dlatego" i zmieniam myśli. A w międzyczasie poszukuję w głowie guzika "off" dla tego rozdziału.
Nadal trzymam się postanowienia - ja w centrum mojej uwagi i tylko miłe rzeczy! Więc w środę po pracy popędziłam do sklepu i kupiłam niezliczone ilości kwiatów. W sumie 12 doniczek: żonkili i hiacyntów, rozstawiłam je po całym mieszkaniu. Są cudowne. Po drodze wpadły mi w ręce przecenione zasłony. No idealne do salonu, kupiłam. Później pobiegłam na masaż, co by pogonić zbierające się na plecach stresowe toksyny. Doskonały pomysł. Potem 5 minut solarium na złapanie kolorytu i celem się podgrzania ;) nie pamiętam kiedy ostatnio kupowałam "słońce", ale dobrze mi to zrobiło. A później fitness - moje ulubione zajęcia z tańca. Wróciłam do domu padnięta, ale zadowolona.
W czwartek nawał pracy nie pozwalał mi na zorganizowanie większych przyjemności, więc.. nabyłam książkę przez internet. Pilch, "spis cudzołożnic". I którą do dziś cieszę się wirtualnie, bo jeszcze nie dotarła.
A dziś.... na koniec tygodnia ... zafundowałam sobie awans w pracy!:) Choć nie wiem czy z tym ostatnim trochę nie zaszalałam... czy to aby dobry moment na okres próbny? Mam nadzieję, że nie zrobiłam sobie tym strzała w kolano. Czas pokaże.
A w weekend mam zlot czarownic. Przyjeżdżają moje babki i zamierzam mieć tylko dobry czas.
Wróciłam padnięta z pracy o 18.30, zakupy, skróciłam ostatnio zakupione zasłony i wpadłam w wir szykowania małego co nieco na weekend. Sałatki, mięcho, ciasto, naleśniki, barszcz.... Piekielnie ostry barszcz. To na niedzielnego kaca po jutrzejszej nasiadówce:)
Na najbliższy czas zaplanowałam, ze przysiedzę nad książkami i podejdę w końcu do egzaminu na przysięgłego, kupię rower, zapiszę się na kurs foto - niech ostatni prezent od m. będzie właściwie wykorzystywany, no i podyplomówka. To w związku z awansem, konieczne.
Czuję się jakbym się dynamitu najadła. Nie mam pojęcia skąd ja tę energię biorę. I to w takich ilościach.
I tak ogólnie postawą chyba zaskakuję wszystkich, z samą sobą włącznie. Mam swoje zjazdy, ryknę sobie czasem i posmucę się też. Ale potrafię już funkcjonować tak, że jak ktoś nie wie co się dzieje, to nic nie podejrzewa. "i co, siedzisz w domu, nie chodzisz do pracy?" - w ostatnim czasie chyba z 5 razy to usłyszałam. A ja wręcz przeciwnie. Ludzie dzwonią przerażeni co usłyszą, piszą smsy "tylko nie zrób sobie krzywdy", a mi ani przez sekundę to przez myśl nie przeszło.
Coś mi się stało. Jeszcze niedawno potrafiłam zemdleć w stresie, a teraz jak burza idę do przodu.
Co mnie nie zabije to mnie wzmocni? tak to działa? Może.
Ale ja po prostu chcę czuć się lepiej.
Oczekiwanie
8 miesięcy temu