czwartek, 30 grudnia 2010

Nawigacja 2011

Dziś ostatnia dla mnie symboliczna data. Ostatnia "rocznica" mająca związek z moją znajomością z byłym.

A jutro ostatni dzień tego roku i z tego powodu to dzień najszczęśliwszy.
To był rok potwór. Nie wymażę go z pamięci, bo nie ma na to sposobu.
I też chyba nie chcę, bo był to rok kończący mój dotychczas najważniejszy etap w życiu. Nie byłoby żadnego przejścia z jednego życia w drugie. No musi on być i trudno.
Podsumowałam go sobie. Uporządkowałam dokumenty rozwodowe w segregatorze z wielką literą "R" i schowałam tak, by był dostępny w razie potrzeby, ale nie raził w oczy. Spakowałam albumy ślubne w karton. Na kilka innych porządków nie jestem jeszcze gotowa. Nic nie szkodzi przecież.
Zrobiłam bilans tego, co sprawiło mi choć odrobinę radości, żeby nie było, że już taka zupełna klęska w tym roku. Było kilka takich rzeczy na szczęście. Doszłam do wniosku, że najważniejsze, że jestem zdrowa. Choć moja wewnętrzna zbroja okazała się jednak być nieco nieszczelna i tegoroczny stres i nerwy w połączeniu z byłą jesienną aurą dawały od kilku tygodni upust. Ale przyszła kojąca zima, a i ja zareagowałam na czas. Poszłam do lekarza. Dałam się nakarmić małymi tabetkami. Czuję nicość, ale wiem, że będzie dobrze. Wolę te tabletki przez kilka tygodni niż depresję, która mogła mi się przytrafić, a czułam tak straszną tendencję spadkową, że nie wiem, czy nie stała już u mnie za drzwiami. Tego się bałam najbardziej. Inne symptomy, fizyczne, choć przykre, miną.

Widziałam się z byłym. Rozmawialiśmy długo. To opowieść na kiedy indziej,
ale w skrócie powiem, że choć nadal go kocham... to nie wiem czy chciałabym spędzić z nim resztę życia (gdyby taka opcja teraz była). Ciągle dostrzegam nowe rzeczy, które są w życiu dla mnie bardzo ważne,a które mój związek mi odbierał, a ja tego w ogóle nie widziałam. Przeszkadza mi to. Choć to oczywiście teoria na dziś, bo nie mam pewności "co by było gdyby".

Reasumując, coś jeszcze mi zapadło w pamięci. Jechałam ostatnio gdzieś w trasę z nawigacją z dziwnie ubarwioną narracją:
- "skręć w lewo"
patrzę na drogę, znaki mówią co innego, jadę więc po znakach. Na co navi:
- "pomyliłeś trasę. Wyznaczam nową. Nowa będzie lepsza!"

Uśmiałam się z tego hasła, a dziś myślę, że to tak jak u mnie.
Życie wyznacza mi nową trasę. Ktoś to tak dla mnie zaplanował. I mimo wszystko wierzę, że nie po to, by mnie krzywdzić, ale po to by było lepiej, prawda? Prawda. Wyznaczam więc nową trasę 2011. Nowa będzie lepsza!

Życzę Wam wszystkim na Nowy Rok zdrowia, szczęścia samych dobrych chwil, ton optymizmu, spełnienia marzeń, radości i mnóstwo uśmiechu.

Uściski,
Mała eM.

czwartek, 2 grudnia 2010

zimowo

Długo mnie tu nie było...
Jesień była dla mnie czymś przepaskudnym. Miałam to przetrwać, przeczekać. Ledwo mi się udało.
Zrobiłam kilka wyjątkowych rzeczy - będę pamiętać, spełniłam kilka swoich marzeń - też będę pamiętać.
Zuroczyłam się dwukrotnie. Jedno zauroczenie było migawką, układ na odległość, z jednorazowym (super;) )seksem i kompletnie bez szans.
Drugie tak samo bez szans i trwa do dziś. Nieopisany magnes - o ironio losu - w kierunku żonatego mężczyzny. Nie wiem jak to się dzieje. Po prostu nie wiem. Już kiedyś o tym pisałam. I wiem, że gdyby nie doświadczenia, które mam za sobą, wyłączyłabym wszystkie hamulce.
Powinno mnie to przerażać? Nie przeraża. A zrywany kilkakrotnie kontakt się utrzymuje. Z dystansem i na bezpieczną odległość. I dopóki nie zamykam się na resztę męskiego świata, jestem spokojna.
Takie to życie jest zaskakujące.

Za byłym raz na jakiś czas zatęsknię. Zwłaszcza jak dzwoni, martwi się i jest nagle taki cierpliwy i wyrozumiały. Tyle rzeczy, które go kiedyś denerwowały nie są teraz niczym negatywnym...

Wypłakałam tej jesieni też co swoje.
Nie mogłam się opanować. Dół, melancholia, tęsknota, smutek, pracowe przemęczenie. Nie miałam o czym pisać. A przede wszystkim nie miałam na to czasu. Przez ostatnie 2 m-ce nie zajrzałam ani na swojego bloga ani na nikogo innego.

Cieszy mnie zima. To dla mnie optymalna pora roku obecnie.
I niech tak zostanie do marca, bo na narty mam potrzebę jechać.
A później wiosna, wtedy planuję się zakochać;) no co, kiedyś muszę się zdobyć na dawkę optymizmu, dziś jest na to dobry dzień:)

I to tyle na dziś. Może uda mi się zwolnić tempa i zajrzeć tu wcześniej niż za 2 m-ce:)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Jesień

Tak mi już to wszystko było podejrzane. Za długo było mi dobrze. Za dobrze.
Moja pamięć do zapachów w połączeniu z nastrojami i pogodą wzięła górę.
Jesień, czuję zdecydowanie jesień. Jest mi paskudnie. W powietrzu unosi
się zapach zeszłorocznego stresu, nerwów i smutku. Wszystko mi się kojarzy.
Pogoda, herbata owocowa, płyn do płukania, nawet szara bluza z kapturem.
Wracam do pustego mieszkania i zalewam się łzami od kilku dni. Dziś pobiłam rekord. Od południa już chodzę zapuchnięta.
Potrzebuję się przytulić i poczuć się potrzebna. Choć na kilka minut. Na razie na kilka.
Chcę się poczuć lepiej. Chcę, żeby było tak jak kilka tygodni temu.
Chcę znów polubić jesień.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Uśmiech

Za chwilę minie rok, jak życie zaczęło mi się wywracać do góry nogami.
Tyle się wydarzyło przez te 12 miesięcy. Tyle się zmieniło. Wszystko.
Moje życie, ja sama. Z charakteru i z wyglądu. Jedno i drugie równie bardzo. Bywa, że jest mi ciężko, ale coraz rzadziej źle. Bywają gorsze dni, ale mam na nie sposoby:)
Coraz częściej słyszę, że mam bardzo silny charakter i w ogóle silna ze mnie babka. Czasem mi się chce powiedzieć, nie, to pomyłka, ja przecież taka słaba jestem. Ale jak się zastanowię to już nie. Ja byłam taka. Ale już nie jestem.
Do dziś nie wiem skąd biorę tę siłę. Ale niech tak zostanie.
Więc przyjęłam zasadę głowa do góry i z uśmiechem do przodu. Teraz już tylko do przodu i przed siebie, nawet jeśli się czasem obejrzę, to staram się nie zatrzymywać.
No właśnie, a jeśli wspomniany uśmiech chodzi, to chciałam powiedzieć, że to czyni cuda. Nie żebym się chodząc sama do siebie śmiała;) ale jak człowiek przyjmie pogodną twarz, to od razu inaczej jest odbierany przez otoczenie. Do mnie się dziś uśmiechnęło conajmniej kilka przypadkowych osób na ulicy. Wiecie jakie to było fajne?! Uśmiech za uśmiech i wszystko staje się sympatyczniejsze :) jak dla mnie bomba!

sobota, 24 lipca 2010

Moi mężowie

Do tego posta zbierałam się od miesięcy. Jakoś nie wychodziło mi jego napisanie, bo ciągle się coś działo i ciągle miałam nowe myśli.
Może i lepiej, teraz będzie o wiele bardziej treściwy.

Kiedy pół roku temu po wyprowadzce jeszcze wtedy męża zaczynałam pisać, post miał zupełnie inny tytuł. Miał byc krzykliwą analizą mojej sytuacji i butnem przeciwko kobiecie, która mi go zabrała. Nazwałam ją wtedy lafiryndą. I gdyby nie mój honor i duma, które mnie blokowały zrobiłabym wszystko, żeby ją zniszczyć. Zawodowo chociażby, a miałam tę moc.

Zadałam sobie wtedy pytanie "dlaczego tak się stało"? Dziś dodatkowo dopytuję "dlaczego tak się dzieje"? - w odniesieniu do siebie i do wszystkich z mojego otoczenia (również bliskiego), którzy zdradzają i są zdradzani. To nie literówka, ani pomyłka. Ciągle ktoś się zdradza, ciągle ktoś odchodzi. To plaga, choroba, zaraza i nie wiem co jeszcze. Po tym, co zdarzyło mi się usłyszeć, zobaczyć zaczęłam się zastanawiać co się dzieje, gdzie wartości i sakramenty, szacunek i uczucia. Ile z tych osób jest naprawdę nieszczęśliwych w swoim związku? kto popełnił taki życiowy błąd, że teraz szuka ujścia. A kto po prostu szuka wrażeń, żeby "urozmaicić" sobie życie. Mój mąż pzez 10 lat powtarzał, że jestem spełnieniem jego marzeń, byliśmy szczęśliwi. Nie zalicza naszego małżeństwa do pomyłek. A jednak odszedł. Nie jest już z nią, nie jest szczęśliwy w nowym życiu. Tu akurat ona była pomyłką.

Ale minął kolejny miesiąc.
Usłyszałam od męża, że mnie kocha. Od nie mojego męża, od cudzego.
Od człowieka, który nie dostał ode mnie sygnału, którym nigdy nie byłam zainteresowana. To mąż, który ma super żonę i wspaniałe dzieci. Który na potrzeby kontaktu ze mną tworzył domowe "problemy". Sztampowe "żona mnie nie rozumie, nie słucha, nie potrafię z nią rozmawiać, a z Tobą mogę o wszystkim" itp. żałosne. Walczyłam z nim kilka miesięcy, aż osiągnęłam sukces. Sposobem, podstępem. Ale się udało.

Za jakiś czas przypadkiem poznałam bardzo atrakcyjnego mężczyznę. Taka iskra od pierwszego spojrzenia jakiej dawno nie czułam. Sama byłam w szoku. Nawet przez chwilę pomyślałam, że może tak musiało się stać u mnie w domu, może to za jakiś czas będzie mój książę z bajki... Książę pisał, smsował, dzwonił, zapraszał na kawę. Czarujący, bardzo ujmujący... i bardzo żonaty jak się później okazało!
Powiedział, że się zakochał i gdyby nie... dzieci, odszedłby od żony, żeby być ze mną. Zdążyłam więc przypadkiem przez chwilę... być tą trzecią. Zapytałam "dlaczego" - usłyszałam, że nie jest szczęśliwy w małżeństwie. No bo cóż miał mi powiedzieć. A ja nigdy nie zbadam i nie dowiem się czy on szukał wrażeń, czy rzeczywiście coś jest nie tak.
Niemniej jednak myślę, że nie jestem od jego żony w niczym lepsza ani gorsza. Jestem tylko inna. I to pewnie to jest takie ekscytujące.
Tak czy siak, przez te kilka "chwil" znajomości zdarzył się pocałunek i przytulenie. Mam z nim kontakt do dziś i potworną słabość do tego człowieka. I tylko dlatego, że stałam niedawno po drugiej stronie barykady panuję nad sytuacją. Tylko dlatego, że wiem jak to boli, a przede wszystkim, że nie wolno. Po prostu. Ale nie wiem, co by było, gdybym nie miała swoich doświadczeń. Może bym pomyślała, to jego decyzje, ja jestem wolna i mogę.
Czasem do siebie dzwonimy, czasem piszemy. Dla ogólnego dobra unikamy spotkań. Wiem, że powinnam tę znajomość uciąć całkowicie, bo mimo, że nic się nie dzieje, nie ma fizyczności i podtekstów, to mam świadomość, że każdy telefon sprawia mi radość. Jemu też. Wiem, że gdybym tylko chciała, mogłabym mieć go w opcji "full", ale jako trzecia.
To doświadczenie mi uświadomiło, że rzeczona L. prawdopodobnie też na dzień dobry usłyszała od mojego męża, że mu "źle w związku i żona go nie rozumie". Może nawet coś jeszcze usłyszała. Nie musiała wiedzieć, czy to prawda czy nie. Tego nawet ja nie wiem. A ona młoda jeszcze jest. Życia nie zna. Nie bronię jej, ale wiem jak wiele zależy w takiej sytuacji od mężczyzny.

A mąż, mój były mąż, się raz uaktywnia raz deaktywuje. Widujemy się regularnie. Albo z uwagi na stare zobowiązania i sprawy do załatwienia albo przypadkiem, albo po prostu na kawę. Potrafię z nim normalnie i swobodnie rozmawiać. Czasem za nim zatęsknię. I ciągle coś do niego czuję.
Czasem jeszcze przebudzę się w nocy i smutno mi, że nie ma mojego ulubionego przytulenia. Czasem złoszczę się, że nie mam komu ugotować obiadu i że w naszym domu tak pusto. Innym razem denerwuję się, że sama muszę wiercić dziurę w ścianie...
... a jeszcze innym razem... cieszę się, że mogę pomalować paznokcie na taki kolor, na jaki mam właśnie ochotę i nikt nie marudzi, że mu się nie podoba, że mogę kupić dwudziestą parę butów i setną torebkę i nikt nie zrzędzi, że mam czas dla siebie, mój czas i robię to, na co mam ochotę i odpoczywam.

Odpoczywam i zbieram siły na nowe życie. Zbieram też nowe doświadczenia i uczę się życia. Jak dla mnie to niesamowite. I mimo, że wolałabym mieć moją wcześniejszą stabilność życiową, to myślę, że skoro już mnie to spotkało, to wykorzystam ten czas tak, aby nowe życie było nieporównywalnie lepsze. I nic nie muszę robić. To wszystko się samo dzieje, a ja tylko patrzę, słucham, uczestniczę i wyciągam wnioski.

Życie jest naprawdę pokręcone i jednocześnie nieprawdopodobnie ciekawe. Już to mówiłam kiedyś - czasem myślę, że jestem wariatką. A może po prostu książkową "wiedźmą":) Jak to się dzieje, że to wszystko toczy się tak, a nie inaczej. Że to właśnie ja zbieram takie doświadczenia?

Naprawdę, aż sama jestem ciekawa co będzie dalej:)

niedziela, 4 lipca 2010

Porządki

Trzy razy zaczynałam pisać kolejnego posta.
I zawsze nie mogłam dokończyć. Bo w biegu, bo w pędzie, bo coś, bo ktoś.

Wpadłam w jakąś dziurę, przestrzeń, kosmos. Nie wiem co to.
Ale już dawno w to wpadłam i kiedyś o tym pisałam. Pozwoliło mi to przetrwać najgorszy czas, utrzymać się na powierzchni, kiedy mi się "woda do uszu nalewała". I dobrze.
Ale jestem o krok dalej i mam dość tej kosmicznej przestrzeni. Zaczyna mi przeszkadzać mój pęd, moje nieogarnięcie. Jestem urodzoną pedantką z potrzebą planowania i taki nieład, choć był mi potrzebny, zaczyna mnie teraz męczyć.
Tempo, jakie zawładnęło ostatnio moim życiem jest na dłuższą metę nie do wytrzymania. To jak z takim złym snem, który czasem miewałam - że gdzieś muszę zdążyć i ciągle biegnąc nie mogę dotrzeć do celu. Tak się właśnie mam. Wszystko na ostatnią chwilę, jestem non stop spóźniona, ciągle w jakimś niedoplanie. Jestem potwornie niezorganizowana. Nie do wytrzymania niezorganizowana... STOP!

Dość mówię, czas na porządki.

W 80% jest temu winna praca, więc zaciągam hamulec ręczny i wprowadzam zmiany. Od jutra pracuję tyle ile powinnam i ani deko więcej. Muszę popracować nad dawną formą koncentracji i zacząć sprawniej wykonywać moje zadania, wtedy nie będę miała zaległości. I czas na odpoczynek, nie tylko ciało tego potrzebuje ale i głowa.
W następnej kolejności do uporządkowania finanse. Muszę się bardziej kontrolować. A dalej... dalej emocje. Ale to na osobnego posta, do którego zbieram się również od kilku tygodni.
No i szafa, czas odłożyć o kilka rozmiarów za duże ciuchy na inną półkę i zadbać o lepszą przejrzystość. I po kolei wszystko inne ogarnę. Tym samym siebie też;) Wyjęłam białą kartkę i od rana notuję dziś wszystko, co mi przeszkadza. Będę to zmieniać i odhaczać.
Czas na przywrócenie ładu i postawienie życia na nogach, bo się lekko kiwa.

Poza tym mam się dobrze. Tak jak postanowiłam - to na razie czas dla mnie. Dbam o siebie i tylko o siebie. Robię to, na co mam ochotę i co sprawia mi przyjemność, nawet jeśli ostatnio nierzadko jest to szaleństwo. A jest.

Piszę pamiętnik. Chciałabym, żeby to kiedyś była książka.
Książka dla kobiet na zakręcie. Ale i nie tylko.
Bo albo niechcąco odkryłam i definiuję receptę na wyjście z życiowego dołka, albo stał się jakiś cud. I choć wiem, że jeszcze nie raz zapłaczę, to opanowanie rozwodu uznaję za mój mały sukces.

czwartek, 10 czerwca 2010

Pierwszy Dzień

Dziś pierwszy dzień Nowego Życia.
Postanowiłam, że wczorajszy będzie nie końcem, a Początkiem.
Tak brzmi lepiej i tak się lepiej czuję.

Dziękuję i Wam za wirtualne wsparcie :)
Przy okazji - fiolet może 'najulubieńszym' kolorem nie jest. Ale jeśli dobrze rysuje i jest wystarczająco gruby - biorę!

Nie wiem czy ja jeszcze jestem w szoku, czy trzyma mnie adrenalina. A może to mechanizm obronny organizmu? A może po raz kolejny odetchnęłam "już po wszystkim" i odpuściło. Bo nie mam się najgorzej na świecie. Do wczoraj umierałam przez ostatnie dni. A po rozprawie płakałam, ale tylko trochę.
Dziś wstałam, czuję się dziwnie. Nie potrafię zidentyfikować dlaczego.
Jego już nie ma. Ale nie było go już od miesięcy. Może dotarło do mnie, że teraz naprawdę go nie ma. I już nie będzie...
... do niedawna miałam poukładane wszystko "już na całe życie". A tu nie. okazuje się, że nie mamy nikogo na własność i tej gwarancji nie dostajemy. Nigdy. Trochę mi smutno. Ale każdą myśl wspominającą ucinam. Ucinam i wmawiam sobie "teraz wszystko przede mną". Na nowo. Na nowo, lepiej, tylko lepiej.

Czas na reset.

sobota, 5 czerwca 2010

Rozsypana

A jednak potrzebuę upuścić trochę emocji.
Mam się fatalnie. Tak źle nie miałam się od dawna.
Z godziny na godzinę jest gorzej. Nie cieszy mnie nic.
Nic nie pomaga. Ani słońce, ani czekolada, ani truskawki, ani dobre słowo.
Wylewam hektolitry łez, oczy zapuchnięte, serce obolałe. Wszystko ożywa, cały koszmar sprzed
miesięcy powrócił. Fakt, ten koszmar ma już inny wymiar, to już "obrobione" emocje, ale jednak.
To ból na który nie ma środków przeciwbólowych.
Znów nie jem. Wmuszam w siebie drugą dziś porcję musli z jogurtem i wszystko mi w gardle staje.
I jak nigdy nie mogę spać.
Łykam kolejną tabletkę na uspokojenie. Otumaniam się na najbliższe kilka godzin.

Moi najbliżsi się zaktywowali. A mnie to męczy coraz bardziej.
Zachowuję się jak furiatka, nie panuję nad emocjami, krzyczę jak chcą być blisko
i jak chcą  o tym rozmawiać w nieodpowiednim momencie. Jak dają dobre rady, które
nie zawsze są jednak dobre. Bo jak się tego samemu nie przeżyje, to trudno pewne rzeczy zrozumieć.
Ale lepiej niech nie rozumieją, nie życzę takiego przeżycia nikomu.
A ja potrzebuję jeszcze kilka chwil. Kilka chwil decydowania kiedy i co chcę.
Później się wyrównam i stonuję. Obiecuję. Postaram się.

Jak dobrze, że zadecydowałam ukrywać "godzinę zero", już sobie wyobrażam co by się
działo w tym dniu i chwilę przed. Nie wytrzymałabym roztrząsania tematu. Nawet z troski.

I to tyle. Powinnam opracować jakąś strategię na najbliższy czas,
żeby przetrwać, bo wiem, że będzie gorzej.

A tymczasem... niech mi ktoś poda tlen i zdejmie ten stutonowy ciężar z klatki piersiowej.

niedziela, 30 maja 2010

zaczęło się...

Dopadło mnie szybciej niż myślałam.
Dawałam sobie jeszcze kilka dni do kumulacji.
Ale nie.
To już dziś.
Obudził mnie mój własny płacz. Wychodziłam we śnie z sali rozpraw.

Wstałam. Popłakałam znów.
Znów nie mam apetytu. Myśli mnie paraliżują. Nie cieszy mnie nic.
Mam ochotę się zaszyć w moich czterech ścianach i do nikogo się nie odzywać.
Wyłączyć telefon. Ogłośić: błagam, nie pytajcie jak się mam, jak się czuję i czego potrzebuję.
Bądźcie, ale dajcie mi spokój. Pozwólcie mi jeszcze ostatnie dni pokaprysić i decydować kiedy chcę kontatu kiedy nie. Kiedy chcę mówić, a kiedy nie.
Przyjaciele to największy skarb na świecie, bo to jedyni, którzy są w stanie takie zachowanie znieść, (krótkoterminowo) zaakceptować, i być nie będąc jednocześnie. A przede wszystkim zrozumieć.
Celowo nie mówiłam nikomu o dokładnej dacie rozwodu, żeby uniknąć miliona pytań i telefonów przed.
Ci co powinni wiedzą mniej więcej kiedy. A dokładnie dowiedzą się po. Ci co nie powinni chyba nawet nie wiedzą, że się rozwodzę.

Trzymajcie za mnie kciuki. Odezwę się po.
Nie będę pisać, bo byłoby to pewnie powielaniem tego co powyżej.

Jest mi źle.

sobota, 29 maja 2010

dzień tylko dla mnie / eureka!

Dziś dzień tylko dla mnie. Zabrzmiało tak, jakbym ostatnie z kimś dzieliła ... ale ...
Mam dość pędu i stresu.
Wróciłam wczoraj późno z delegacji, walizka jeszcze stoi nierozpakowana i nie tknę jej do wieczora. (poza tym, jutro muszę ją spakować na nowo...). Mimo ogólnego porządku w domu kurz zalega na meblach. Niech tak zostanie jeszcze kilka chwil. Powinnam umyć okna. Mam to dziś w nosie. Wyspałam się 15 godzin, właśnie zjadłam balkonowe śniadanie, piję kawę, nadrabiam książkowe zaległości i łapię kolor:)
I dopóki po mojej stronie będzie słońce nie zamierzam się stąd ruszyć.
Dziś ma mi być tylko dobrze i bezstresowo.
Nawet jeśli jakoś samotnie. Tęsknię. I sama nie wiem za kim. Za mężem, który wbił mi nóż w serce i mówi, że mu przykro? Za "kolegą", który daje mi odrobinę ciepła raz na jakis czas i mówi, że jest cierpliwy? A może za kimś, kogo jeszcze nie znam? A może mam po prostu dołek hormonalny i sama nie wiem czego chcę, czy tęsknię i jeśli tak to za kim, za czym, z kim i po co:)
Czas wracać na słońce, bo zaczynam za dużo myśleć. A później fitness i inne, tylko miłe (mam nadzieję) rzeczy.
Miłego dnia dla moich "Podczytywaczy" :)

ps.Felusia, Ty już jesteś "po", prawda? mam nadzieję, że się trzymasz dzielnie i że możesz już zamknąć ten rozdział. Trzymam kciuki za nowy. Uściski!

Popołudniowo raz jeszcze... - powinnam nazwać ten pod-post "eureka!" ;)

właśnie odkryłam, że za każdym razem jak mówię/piszę, że dzień ma być dobry, to on nie jest.
No jest to logiczne, przecież nie budzimy się rano z myślą "niech dziś będzie zły dzień", zawsze mamy nadzieję, że będzie dobry. Więc jak zaczynam sobie wmawiać, że dziś tylko miłe rzeczy, a dzień będzie dobry, mimo, że nic nie wskazuje na to, że będzie zły, to znak, że coś jest nie tak. I tak jest dziś.
Coś mi jest i sama nie wiem co. Słońce.. no nie za bardzo podziałało. Zaczęłam się wkurzać, że nie mogę pójść na spacer, bo nie za bardzo mam z kim. Poszłam na fitnes - zajęcia odwołane. Wróciłam do domu i się snuję bez celu. Kupiłam truskawki - niezbyt truskawkowe jeszcze. Książki mi się nie chce czytać - nie mogę się skoncentrować. Chciałabym gdzieś wyjść, ale jednak nie wiem czy mi się chce. Jak zalegnę w domu, to mam szansę zakończyć dzień dołkiem. Oj maruda.. Jest taki wiersz Danuty Wawiło z książki dla dzieci, dziś pasuje jak ulał do mnie:

"Od samego dzisiaj rana
czegoś mi się chce...
Nie cukierka, nie banana -
może piasku, może siana
albo nawet - nie wiem sama -
muchy tse-tse?
(...)
Co w kłopocie mi pomoże?
Jeśli ktoś z was wie,
niech mi zaraz liścik kropnie -
bo nie mogę, tak okropnie,
tak okropnie, tak okropnie
czegoś mi się chce..."

Ale ... Choćbym miała wykorzystać wszystkie sposoby na siebie, to zrobię to i się nie dam. A przynajmniej się postaram. Postaram się odwlec łzy jak najdłużej, bo wilgoć już czuję pod powieką.

czwartek, 20 maja 2010

Kosmos

Zawisłam w jakimś kosmosie ostatnio. Nie jest mi źle. Ale super dobrze też nie.
Tyle się dzieje, że nie ogarniam czasem tego wszystkiego.

 W pracy nieustanne rozmaitości, przeklada się to trochę na prywatność i to mnie ratuje. Dużo się dzieje. Poznaję nowych ludzi. Przytrafiła mi się nawet mała fascynacja. Sama jestem zaskoczona, bo o m. ciągle jeszcze nie zapomniałam, bo rozdział nie zamknięty i nie oczyściłam się z małżeńskich emocji.
Nie mniej jednak... wzbudzić czyjeś zainteresowanie, zachwyt, chęć kontaktu - niesamowite. Czyjaś uwaga po tylu miesiącach nieuwagi. Przyjemne. Odrobina troski. Potrzebne. Przytulenie. Niezbędne. Tak, dałam się przytulić. I poczułam się, jakby mi ktoś maskę tlenową założył.
A po 9 miesiącach bycia niepotrzebnym nawet uważne męskie spojrzenie jest ekscytujące.
To tyle i aż tyle. I na razie wystarczy. Na nic więcej mnie "nie stać" ,  i to już jest dla mnie szaleństwem.
Odżyłam trochę. Mam tylko nadzieję, że nikogo nie skrzywdzę swoją niegotowością emocjonalną i zachłannością bliskości zarazem. Choć w ramach "otwartej komunikacji" dostaję zrozumienie i cierpliwość.

Poza tym odliczam do godziny zero. To już niecały miesiąc... mam dreszcz i gęsią skórkę na samą myśl, zatem jeszcze na te kilkanaście dni cisza. Nie myślę. Jeszcze będzie czas na kolejne łzy.

wtorek, 4 maja 2010

Wiedźma

Mam coś z wiedźmy. Jak większość kobiet pewnie. Wyczuwam, przeczuwam, a to się spełnia.
Kilka postów wstecz pisałam, że rozwód będzie na rocznicę ślubu. Wiedziałam.
Pani w sądowym okienku zapowiadała 2-3 miesiące oczekiwania.
Ja dziś otrzymałam prezent w postaci 1,5 miesiąca i jak w mordę strzelił... to akurat WTEDY.
Miałam tylko cichą nadzieję, że termin będzie chociaż z dzień przed a nie trzy po. Że już nie będę musiała jej mieć. Rocznicy. Nie mieć. Chciałam jej nie mieć. Nie chciałam jej mieć :(

Jak to wszystko znów urasta i wzbiera. Jakie to podłe. Jakie niesprawiedliwe.
Chce mi się wrzeszczeć, łzy lecą mi jak grochy. Znów mnie mdli i nie mogę oddychać. Chce mi się zemdleć. Wszystko mnie znów boli. Serce, ciało, nawet mruganie powiekami.
Nic nie czuję. Czuję się jak kukła.

Teraz znów kilka dni ciężkiej pracy na wyrównanie oddechu, po to, żeby w dniu rozwodu znów go stracić.
A później ma być już tylko lepiej. Mam tego dość.

niedziela, 2 maja 2010

Worek z emocjami

Worek z emocjami się wysypał. Tak go szczelnie zawiązałam ostatnio... tak ukrywałam i co?
I jednak m. zmącił mój spokój.
7 minut spotkania, po 3 zaczęłam płakać. I tak przez kolejne 30.
Nie mogę go widywać w domu. Do niedawna naszym.
Neutralny grunt to jedyne miejsce, jakie powinno być miejscem spotkań. Jeśli już takie muszą zaistnieć.

I już wiem na pewno, że to jest TO awizo, na które czekałam. On też dostał i też nie zdążył odebrać.
Za 2 dni będę wiedzieć.

A teraz balkonowe słońce i książka. Myśli zabic mi trzeba. Jak najprędzej.
I podładować baterie. I do formy wrócić. Jak najprędzej.
I zabrązowić się odrobinę:)
Endorfiny, w jak największej ilości, potrzebne od zaraz!

sobota, 1 maja 2010

Zapachy

13 godzin snu, śniadanie o 14.
Zaszalałam dziś, ale było mi to potrzebne.
Później przyjemności, w końcu czas na jakiś porządny peeling, wklepane milion pachnących kremów i  balsamów i masek. Bosko!
Dzień przebimbałam, choć zaczęłam od sprzątania, żeby mieć z głowy wszystkie obowiązki.
A później się snułam jakoś bez celu. To też mi było potrzebne. Ostatnie tygodnie pracowe były w galopie, plany, cele, realizacje, terminy. Dość. Dość.

A dziś majowy zapach i wszędobylski grill za oknem. Wszyscy grillują, rodzinne zjazdy i spotkania przyjaciół. Nie, nie zazdroszczę. Mi ta weekendowa samotność i cisza dobrze zrobi. Nie kuszę się nawet na mały wyjazd za miasto i wyjście na starówkę.

Ale z zapachem maja zamarzył mi się zapach mężczyzny. Taki do przytulenia zapach. Nic więcej.
Powoli zaczynam zauważać i czuć zapachy inne niż zapach m. To dobry znak.
Te 8 miesięcy bez jego obecności zaczyna być odczuwalne. Nawet jak się czasem słyszymy, czuję jak z każdym dniem naszego niebycia staje mi się coraz bardziej obcy. Nie myślę już jak mu mija dzień i co robi w weekend, czy dużo pracuje i jest zmęczony.
Jutro mam z nim krótkie widzenie, formalności jakieś nas spotykają. Mam nadzieję, że nie zmąci to mojego spokoju. Nie chcę.

Czas na książkę. Mam ich oczekujących cały stos, ze wspominaną na co drugim blogu serią Larssona i Mankielem włącznie;)

piątek, 30 kwietnia 2010

Maj

Lubię maj. Cieszę się, że to już jutro.
Powietrze już pachnie jak malinowa mamba jak to śpiewał Vavamuffin. Jest mi lepiej.
I niech tak pobędzie jakiś dłuższy czas.

Dziś w skrzynce awizo na polecony. To już piąte w tym tygodniu  (nie pamiętam kiedy dostałam tyle poleconych) i za każdym razem biegnę jak wariatka na tę durną pocztę z nadzieją, że to z sądu. I nic.
Dzisiejszego nie zdążyłam odebrać, więc czekam. I nadziejuję. Chcę już wiedzieć, a muszę czekać do wtorku.. niemniej, biorąc pod uwagę, że do wtorku kupę czasu i to wolnego od pracy, to cierpliwie poczekam. Padam już ze zmęczenia i nie wiem jak się zregenerować. Sam sen mi nie wystarcza. Marzę o urlopie, który dopiero PO.

Czas spać. Jutro sen do oporu i 4 dni tylko miłych rzeczy:)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Pozew

Odebrałam dziś pozew z kancelarii.
M. się odezwał - że mam się wstrzymać ze składaniem, chce jeszcze porozmawiać.

Pozew złożyłam. Jestem lżejsza o 2 litry łez.

Czekam na termin rozprawy.

sobota, 10 kwietnia 2010

:(

nie potrafię nic powiedzieć.
Patrzę tępo w telewizor, co chwilę dreszcz przeszywa moje ciało, nie mogę uwierzyć.

szok ...

oddech

Powoli wyrównuję oddech. Zapłakałam wczoraj kilka razy, bo mi się chciało w danej chwili.

Myślałam o smsie, którego dostałam jeszcze od m. Że mu ciężko, że się pogubił i że wszystko jest do dupy.
Nie wiem co jest gorsze - zdecydowane nie, czy wahnięcia. Jak jest zdecydowane nie, to jest mi przykro, że tak szybko zakopał nasze 10 lat, że zapomniał o mnie, o nas. A jak są wahnięcia, to łapie mnie smutek, że jednak trochę jeszcze myśli. Ale jest już za późno na takie przemyślenia. Mimo, że ciągle go kocham i tęsknię, to mam nadzieję, że nie przyjdzie i nie powie "wróć". Bolałoby jeszcze bardziej. Bo go kocham, a nie potrafiłabym już z nim być. Za dużo się wydarzyło. Wydarzyła się ona. I to w trakcie starań o dziecko. Nasze. Niby wymarzone, upragnione. Nawet nie mogę myśleć o tym, bo mnie ściska w środku. Drań. Skończony drań. I wreszcie - wydarzyło się moje kilkumiesięczne cierpienie, smutek i litry wylanych łez.
Nie jestem w stanie mu zaufać. Sypiał z nią. Nie jestem w stanie się zbliżyć fizycznie. Mdli mnie.

Nigdy więcej. Nawet jeśli będzie ciężko.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A teraz zmiana tematu.

Lepiej mi.
Wczoraj wróciłam z pracy i nawet cieszył mnie fakt, że mam czas dla siebie. Mój czas. Nie poszłam na fitnes, sprzątnęłam za to całe mieszkanie, zrobiłam pranie i prasowanie, wystawiłam na aukcji internetowej dwa płaszcsze w rozmiarze, który po diecie rozwodowej już o wiele za duży;) - a to wszystko, żeby mieć wszystkie obowiązki za sobą, a przed sobą tylko przyjemności.  A te zaczynam dziś spotkaniem z J.
Później uszyję kolejne poduchy do sypialni, dokończę porządki w moim "atelier", poczytam książkę, może coś jeszcze się uda. W międzyczasie telefon zadzwoni pewnie 5 razy - "jak się czujesz?", "jadłaś?", "co robisz?", "chcesz się spotkać?", "potrzebujesz czegoś?", "pomóc Ci w czymś?" - słyszę to codziennie, moje "Respiratory" czuwają. I dobrze, dzięki nim oddycham.

Szaro za oknem, ale to będzie całkiem niezły dzień. Tak zaplanowałam :)

czwartek, 8 kwietnia 2010

38 minut

30 nerwowych minut. Odczytanie aktu notarialnego, dwa podpisy, 4 parafki. Kosmiczna opłata.
I nie ma nic wspólnego. Takie to proste...

Zeszliśmy piętro niżej pod drzwi adowkata. "Jesteś pewny, że mam tam iść?", "tak". Weszłam, on pojechał.

8 minut u adwokata. Pozew w wersji "lajtowej", zminimalizowanej do odbioru w poniedziałek. Później krótki instruktaż gdzie zanieść, ile wpłacić, co mówić w sądzie, żeby zamknąć wszystko jedną rozprawą.
"Mam panią reprezentować w sądzie?", "nie dziękuję", "to powodzenia".

... wyszłam z kamienicy i robiąc scenę na ulicy histerycznie wyłam od Młyńskiej do końca Kościuszki.
Ludzie się zatrzymywali, ja szłam dalej.

Ocierając się o dwie stłuczki pojechałam na Sołacz. Krótki spacer, później spotkanie z jedną z naważniejszych osób w moim życiu, moim "Respiratorem". Ulga na 2 godziny.

Wróciłam do domu.
Wypiłam 2 lampki wina i trochę zmiękłam. Uff

Idę spać, choć mam ochotę jeszcze stanąć na dachu i wrzasnąć na całe miasto, że mi źle...

:-(

środa, 7 kwietnia 2010

Ostatnie "wspólne"

Znów mi brakuje tlenu. Znów nie mogę oddychać i znów mnie boli wszystko, co może boleć, a i to co nie też boli.

Jutro podpisujemy ostatni wspólny dokument. Wspólny, ale mówiący o tym, że nic już wspólnego nie mamy.
Szkoda, że nie mogę tego zrobić zaocznie. Bo chyba najbardziej mi przykro i smutno na myśl, że te papiery będę podpisywać przy nim, obok niego, z nim, ale jednak bez niego.
Aż boję się myśleć, co będzie na rozprawie rozwodowej. Ale mam jeszcze trochę czasu, więc zdążę złapać oddech, zanim znów będę zdychać z nerwów.

Jest mi bardzo, bardzo źle. Boję się jutra :(

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

TU

tracę smak
tracę węch
tracę słuch
tracę wzrok
gubię krok...

...blednie duch
ustaje ruch
padam z nóg.........

wykończyły mnie te święta. Tak pracowałam nad sobą. Tak uczciwie... a jednak nie udało się przetrwać bez emocji tego czasu. Czasu bez m. Po raz pierwszy od tylu lat.
Życzenia smsem. Nie byliśmy w stanie rozmawiać. Ja nie byłam. On nie był. Napisał, że mu ciężko, że źle. Że spokojnych świąt. Że mam uważać na spadające foliówki w wodą w lany poniedziałek. Że dobrej nocy i że mam spać dobrze.
Że.
Ałłaaaaaaa... zablolało znów:(
 
Uratowała mnie moja rodzina. Jest najwspanialsza na świecie. Wczoraj obiad u ulubionej cioci, długi spacer w moich ulubionych miejscach rodzinnego miasta. Nikt nie zadawał mi pytań. Nie komentował. Normalne, swobodne rozmowy. Skład gości dobrany starannie - wczoraj tylko ci zaufani, żadnych "ondulowanych ciotek", co to roznoszą wszystko po okolicy. Ciotka z wujkiem ustawiła wszystko pode mnie, żeby mi było mimo wszystko jak najlepiej i komfortowo. Są niemożliwi:) Moi drudzy rodzice.
 
A teraz jestem znów TU. Odpoczywam psychicznie. Dawniej zawsze kiedy było mi źle uciekałam do Domu, Tam.
Ale ostatnimi czasy czuję się tam źle. Tu jest mi teraz lepiej. Tu jestem ciągle anonimowa. Moje sprawy to moje sprawy. Tam mam całe dzieciństwo, korzenie, starych znajomych, swoich i mamy. Dręczył mnie nieustanny dyskomfort na myśl spotkania kogoś znajomego, konieczność odpowiadania na pytanie "co słychać". I to mamine przeżywanie... jak spotyka swoje koleżanki opowiadające o wnuczkach i małżeństwach ich dzieci. Wiem, że ona to przeżywa bardziej niż ja. Wiem, że gra mówiąc, że ją to "nie rusza". Rusza. Bardzo rusza, a ja nie mogę tego znieść. Więc uciekam. Tu.
 
Mam nadzieję, że świątecznego zakrętu nadszedł kres. Teraz będzie znów lepiej.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Początek końca

Dawno mnie tu nie było.
Miałam kilka tygodni na fali. Fali nowych wyzwań pracowych, fali wyjazdów, spotkań i wydarzeń.
Poznałam mnóstwo ciekawych ludzi. Dostałam potwornego kopa energetycznego.
I trochę poszalałam.
To wszystko, to najlepsze, co mogło mi się przytrafić na to ostatnie zło. Zaczęłam lepiej wyglądać i nie mam dramatu na twarzy. Powoli uczę się mówić o rozwodzie. Na pytanie "co u męża" odpowiadam spokojnie, że jestem w trakcie rozwodu. Nie ciągnę wątku dalej. Ktoś pyta "dlaczego?" Odpowiadam, bo tak jest lepiej. Wyznaję zasadę jak nie mówię, to nie dopytuj. Zwykle działa. A ci, którzy mają wiedzieć, wiedzą.
Bywają  już nawet dni, że mam doskonały humor. Coraz więcej takich. Jestem nie do poznania. I nie wiem co się ze mną dzieje i jak to wytłumaczyć. Czy mój organizm dobrnął do granicy smutku, której nie jest w stanie przekroczyć, czy pokłady możliwości stresowych się wyczerpały.
A może to ulga. Ulga, że nie łudzę się już. Nie wracam do domu ze znakiem zapytania "odezwie się do mnie? nie odezwie? będzie miły? potraktuje jak powietrze? czy w ciągu kilkunastu godzin w milczeniu padnie choć jedno słowo, które da mi nadzieję i motywację by myśleć, że jest szansa na lepszy czas... ". Tego już nie ma, a ja odpoczywam. Patrzę na to z perspektywy  2 miesięcy jakie minęły od decyzji ostatecznej i sama nie wierzę, że wytrzymywałam to tyle czasu. Mam nadzieję, że z każdym dniem będę bardziej "trzeźwieć" i wyrywać się z tego amoku.

Dziś zaczęłam rozdział "początek końca". Zaniosłam dokumenty do notariusza, za tydzień podpisujemy umowę o rozdzielności majątkowej i dzielimy się co nieco. Ale tylko co nieco. Zarządziłam podział na zasadzie stosunek winy do krzywdy. Jest na moim. W zamian za to robię m. prezent w postaci rozwodu bez orzekania o winie. Nie mam ochoty na odświeżanie tych wspomnień. I dobrze, że chociaż na koniec m. potrafi zachować twarz w tej całej nieeleganckiej sytuacji.
A po podpisaniu umowy notarialnej jeszcze tego samego dnia mam spotkanie z adwokatem. Zostanie "tylko" pozew o rozwód i czekamy... Jak wyznaczą nam termin rozprawy od razu wypisuję wniosek o urlop i rezerwuję wakacje. Mam nadzieję zwiać na reset zaraz "po". Choćby prosto z sali rozpraw.
Mówię o tym spokojnie, ale boli jak cholera. Zbierałam te wszystkie papiery ostatnio... akt małżeństwa... przedostatni raz w ręku. I wyłam jak bóbr. Chcę to już zamknąć jak najszybciej skoro już tak ma być i nie myśleć ani sekundy dłużej.
A później będzie już tylko lepiej.

Zmykam na wieczorny spacer. Czas dotlenić mózg mój zmęczony.

sobota, 27 lutego 2010

Dynamit

W tym całym bałaganie w jakim się znaleźliśmy, m. na sam koniec zachował się dość elegancko i nawet jak dżentelmen, choć to na brzmi raczej zabawnie na tle całokształtu. Spokojnie ustaliliśmy szczegóły i podział "dobytku" (...i kredytku aż by się chciało dodać). Mi kapały łzy, jemu drżały ręce.
Ustaliliśmy i pojechał...

Otrząsnęłam się po spotkaniu na drugi dzień.
Postanowiłam, że postaram się jak najmniej energii pożytkować na dalsze analizy sytuacji. Ostatnie 6 miesięcy myślenia to juz wystarczająco dużo. To i tak już niczego nie zmieni, ja i tak nie zrozumiem pewnych rzeczy i nie znajdę odpowiedzi na pytanie "dlaczego..?" Odpowiadam  więc sobie "dlatego" i zmieniam myśli. A w międzyczasie poszukuję w głowie guzika "off" dla tego rozdziału.

Nadal trzymam się postanowienia - ja w centrum mojej uwagi i tylko miłe rzeczy! Więc w środę po pracy popędziłam do sklepu i kupiłam niezliczone ilości kwiatów. W sumie 12 doniczek: żonkili i hiacyntów, rozstawiłam je po całym mieszkaniu. Są cudowne. Po drodze wpadły mi w ręce przecenione zasłony. No idealne do salonu, kupiłam. Później pobiegłam na masaż, co by pogonić zbierające się na plecach stresowe toksyny. Doskonały pomysł. Potem 5 minut solarium na złapanie kolorytu i celem się podgrzania ;) nie pamiętam kiedy ostatnio kupowałam "słońce", ale dobrze mi to zrobiło. A później fitness - moje ulubione zajęcia z tańca. Wróciłam do domu padnięta, ale zadowolona.
W czwartek nawał pracy nie pozwalał mi na zorganizowanie większych przyjemności, więc.. nabyłam książkę przez internet. Pilch, "spis cudzołożnic". I którą do dziś cieszę się wirtualnie, bo jeszcze nie dotarła.
A dziś.... na koniec tygodnia ... zafundowałam sobie awans w pracy!:) Choć nie wiem czy z tym ostatnim trochę nie zaszalałam... czy to aby dobry moment na okres próbny? Mam nadzieję, że nie zrobiłam sobie tym strzała w kolano. Czas pokaże.

A w weekend mam zlot czarownic. Przyjeżdżają moje babki i zamierzam mieć tylko dobry czas.
Wróciłam padnięta z pracy o 18.30, zakupy, skróciłam ostatnio zakupione zasłony i wpadłam w wir szykowania małego co nieco na weekend. Sałatki, mięcho, ciasto, naleśniki,  barszcz.... Piekielnie ostry barszcz. To na niedzielnego kaca po jutrzejszej nasiadówce:)

Na najbliższy czas zaplanowałam, ze przysiedzę nad książkami i podejdę w końcu do egzaminu na przysięgłego, kupię rower, zapiszę się na kurs foto - niech ostatni prezent od m. będzie właściwie wykorzystywany, no i podyplomówka. To w związku z awansem, konieczne.

Czuję się jakbym się dynamitu najadła. Nie mam pojęcia skąd ja tę energię biorę. I to w takich ilościach.
I tak ogólnie postawą chyba zaskakuję wszystkich, z samą sobą włącznie. Mam swoje zjazdy, ryknę sobie czasem i posmucę się też. Ale potrafię już funkcjonować tak, że jak ktoś nie wie co się dzieje, to nic nie podejrzewa. "i co, siedzisz w domu, nie chodzisz do pracy?" - w ostatnim czasie chyba z 5 razy to usłyszałam. A ja wręcz przeciwnie. Ludzie dzwonią przerażeni co usłyszą, piszą smsy "tylko nie zrób sobie krzywdy", a mi ani przez sekundę to przez myśl nie przeszło.

Coś mi się stało. Jeszcze niedawno potrafiłam zemdleć w stresie, a teraz jak burza idę do przodu.
Co mnie nie zabije to mnie wzmocni? tak to działa? Może.
Ale ja po prostu chcę czuć się lepiej.

wtorek, 23 lutego 2010

poniedziałek, 22 lutego 2010

Jutro

... Jeszcze niedawno siedząc na tarasie domu, który mieliśmy kupić ustalaliśmy gdzie będzie stał stół w salonie, że będę miała swoją pracownię, że łazienka będzie szaro-żółta, a piaskownica i huśtawki dla dzieciaków będą stały po prawej stronie ogrodu. Po lewej jabłonka i mnóstwo słoneczników. Ogród od południowo-zachodniej strony. Tak najlepiej, bo oboje lubimy słońce. I hamak. Koniecznie hamak.

Jutro ustalamy szczegóły rozwodu. Nie ma żadnej części ciała, która by mnie teraz nie bolała.
Kręci mi się w głowie, jest mi słabo. Nie mogę oddychać. Ostatnie dni jakoś się trzymałam.
Dziś nie. Żygam i mam temperaturę. Szumi mi w uszach. Tętni w głowie. Mam dreszcze.

Chciałabym, żeby już było po wszystkim... a to dopiero półmetek.

niedziela, 21 lutego 2010

Mój jeszcze-na-papierze-mąż

Mniej więcej rok temu powstał mój pierwszy BLOG
Kiedyś tam wrócę...

Ale teraz jestem tu, bo mój świat wywrócił się do góry nogami.
(...)
Nie spodziewałam się rozwodu. Nie spodziewałam się, że mój najkochańszy na swiecie, jeszcze-na-papierze-mąż, zrobi coś, czego nie potrafię pojąć.

Kobieta pojawiła się po drugiej inseminacji. Tydzień po. I tak zostało do dziś.
Wszystko owiane kłamstwem, obłudą, przepełnione niezrozumieniem.
Milion pytań, które zadałam i na które nie dostałam odpowiedzi. Na wiele sama ją znalazłam.
Reszta już powinna być mi obojętna. Powinna. Nie jest.
Zwłaszcza jedno: DLACZEGO?
Mój jeszcze-na-papierze-mąż twierdzi, że to wszystko jego wina, całą odpowiedzialność bierze na siebie. Że ja jestem super babką, że te 10 lat miały dla niego znaczenie.
Tak, tak "wielkie", że jak poczuł słabość, to poddał się z dnia na dzień, bez walki.
Tchórz.
Tchórz, którego ciągle jeszcze kocham, mimo, że rozerwał moje serce na kawałki.

Wyprowadził się po raz drugi 3 tygodnie temu. Mimo, że wiedziałam, że tym razem już na zawsze, to bolało mniej niż 5 miesięcy temu. Przeczuwałam to. A te 3 miesiące po jego ostatnim powrocie były koszmarem.
Tydzień temu zapadł definitywny koniec. Płakałam bez przerwy, wpadałam w szał, płakałam, rzucałam obrączką o ścianę, płakałam, płakałam, płakałam.
Dałam znać naszym najbliższym znajomym i rodzinie. Całą noc dzwonił telefon i przychodziły smsy. Niektórzy wsiedli w samochód i przejechali setki kilometrów, żeby mnie przytulić.

Ostatnie miesiące zmieniły mnie nie do poznania. Sama siebie zaskakuję. Jestem okropnie silna.
Przetrwam to.
Przetrwam, bo chcę, przetrwam, bo w tym całym nieszczęściu jestem niesamowitą szczęściarą-mam wzruszająco wspaniałych ludzi dookoła. To Przyjaciele, jakich mało na świecie. Moi.

Na razie się jeszcze zbieram. Trudno wbijać sobie do głowy złote myśli, zwłaszcza teraz, jak wszystko jest takie świeże. Ale mimo wszystko próbuję, tak jest łatwiej.
Postanowiłam więc, że życie zaczyna się po trzydziestce. Że to czas zmian. Zmian w życiu, wyglądzie, stylu bycia. Mała eM - update 1.1 ;) Teraz ja jestem najważniejsza, będę robiła wszystko, co sprawia mi radość i przyjemność, będę dbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek i będę się nad sobą rozczulać jeśli będę mieć na to ochotę. Jestem silna, ale jak Przyjaciele chcą pomóc, to na to pozwalam. Chcą zorganizować czas, niech organizują. Chcą ugotować obiad, zaprosić na kolację - proszę bardzo. Ostatnie 5 miesięcy uskuteczniałam w domu uczuciowy wolontariat. Dawałam z siebie wszystko, nie otrzymując nic w zamian. Więc jeśli mogę się poczuć potrzebna i kochana, zwłaszcza przez Takich Ludzi, to tak ma być. I to mnie trzyma przy życiu.
Mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie poukładać się na nowo. Że zaufam, że ktoś mnie mocno pokocha... Nie potrafię być sama. I nie chcę. Tylko jeszcze nie teraz.

W najbliższych dniach mam spotkanie z moim jeszcze-na-papierze-mężem. Będziemy uzgadniać szczegóły rozwodu. Chciałabym zasnąć i obudzić się już po wszystkim.

Na dziś to tyle. Się ale rozpisałam...

Ach, jeszcze coś! Nazwa bloga jest zasługą J.
Nazwała mnie tak tydzień temu w poście na swoim blogu.
Ujęło mnie to nieziemsko, zwłaszcza, że ... jestem od Niej... ze trzy głowy wyższa;)
a tak poważnie, to ujęło mnie to dlatego, że ja teraz potrzebuję swojego rodzaju opieki. Nie wypada, żeby duża eM. się nad sobą rozczulała, więc mała eM. pasuje jak ulał.